księga gości

archiwum
2011
grudzień
2010
styczeń
2009
lipiec
styczeń
2008
grudzień
listopad
2007
sierpień
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2006
grudzień

Tagi

book-of-fallen


Banalnie proste wyjscie bezawaryjne.
Ciemna noc. Ciemny pokój. Ciemny czas. - To już naprawdę koniec. Powiedziała ponętna murzynka i wyszła trzaskając drzwiami. - No, to za koniec. Powiedział biały mężczyzna i wychylił kieliszek wódki. Był obojętny. Cały ból i żal, jaki miał do świata musiał być utopiony w alkoholu. Tak, jak stało w Piśmie. A na pewno gdzieś był o tym fragment. To całe przedstawienie nie zaskoczyło go w najmniejszym stopniu. Był to jedynie ostatni, dramatyczny akt, ciągnącej się od bardzo dawna sztuki, jakby to opisał nostalgiczny autor tekstów równie nostalgicznych. Jak się teraz okazało, była to co najwyżej diabelska, mała sztuczka. Mała, diabelska sztuczka nieszczęścia. Kąsek mały. Na taki, a nie inny finał zanosiło się przecież od dawna. Od dawna nie byli razem, nie byli parą, w żaden sposób razem nie istnieli. Ich związek trwał jedynie w podaniach. Ludzie od dawna nazywali ich miłością, więc niemal wiecznie byli chodzącą miłością. Ludzie mówili, że są szczęśliwi i dla siebie stworzeni, więc długo szczęśliwi i zapatrzeni w siebie siłą rzeczy być musieli. Ludzi było więcej. To prawda motłochu, stanowiona przez sam motłoch. Demokracja. Tkwili tak w ustanowionym przez ludzi związku. Tkwili i tkwili. Tkwili tak, tak naprawdę zbyt długo. W pewnym momencie jednak ci sami ludzie ogłosili ich szczęście bezpodstawnym. I tak nie było już szczęścia. Przestali do siebie pasować, zaczęło się miedzy nimi psuć. Tak opisywali to ludzie. Ich związek stał się związkiem toksycznym, niebezpiecznym, chorym. A wszystko to nie miało przecież nic wspólnego z rzeczywistością. Wszystko to należało do innego świata. Wszystko było światem przez jedne usta zrodzonym, przez inne spotęgowanym. Wszystko to było jednym słowem ludzkim pieprzeniem. A ludzkie pieprzenie to chyba fikcja. Prawda jak zawsze była jedna i była taka, że wszystko, co złe było wyłącznie Jej winą. To na pewno. Kobieta zwyczajnie zwariowała – one wszystkie wariują prędzej, czy później… Ta kobieta złą była . Ta kobieta obłudę w sercu kryła. Ta kobieta nigdy dobrą drogą nie kroczyła. Wypijmy wiec za koniec tej kobiety. Zdrowie. Kutas. Kutas i chuj w jednej osobie. I dupa. Jakkolwiek śmiesznie to brzmi. Że też ja tego nie widziałam wcześniej. Że też mi to ludzie obcy dopiero pokazać musieli. Ależ musiałam być ślepa. I głupia. I śmieszna. Jak ja mogłam nie widzieć, że pije – i to pije za dużo? Jak ja mogłam nie widzieć, że JA, że JA muszę mu pomóc? Jak ja mogłam nie zauważyć tego swojego kolejnego obowiązku? Jak ja mogłam nie widzieć, że mam o ten jeden obowiązek za dużo? Jak ja mogłam? Jak ja? Siedziała cicho w kącie. Ludzie wchodzili i wychodzili z kawiarni. Wchodzili z walutą, wychodzili z kanapkami, kawą, albo jedynie z tłustym uśmiechem na twarzy. Ponętna, samotna kobieta siedziała samotnie. Cały ból i cały żal, jaki miała do świata, kryła głęboko w sobie. Inaczej nie potrafiła – inaczej nigdy by nie mogła. Inaczej nigdy nie próbowała, inaczej nigdy nie chciała. I taka jest brutalna prawda. Teraz dopiero zachciała. Teraz dopiero. Teraz nareszcie. Teraz nareszcie zmianę poczyniła. I nie wiedziała, na Boga, nie wiedziała, co będzie dalej. Wiedziała, że będzie sama, ale nie wiedziała, co to oznacza. I bała się. To banalne, jakże trywialne i jakże oczywiste. Oczywiście była sama i zagubiona. Ale była. Mężczyzna zagubiony nie był. Ale też był. I zabiłby ją najchętniej. Choć nigdy by jej nie skrzywdził. I nienawidził jej ostatecznie. Choć ostateczną miłością ją kochał. Miłość to nie wygoda. Miłość to często przestraszna niewygoda. Ostateczna miłość to często heroiczne poświęcenie. I gwoździe w dłoniach i gwoździe w oczach. „Miłość prosto w oczy…Miłość prosto w serce…Miłość w jaja.”…tak nawet pewien nieskończony poeta śpiewał. Mężczyzna postanowił już tak głupio nie siedzieć – nie patrzeć tak bez sensu na resztki pawia na podłodze, na martwe drzwi. Mężnie więc wstał, wskrzesił drzwi i przez nie wyszedł. Wtedy niespodzianie poczuł, że na świecie jest sam, że rodzice nie żyją, że kumple to wcale nie kumple, że pani w warzywniaku uśmiecha się tak do wszystkich. Szedł więc bez celu przed siebie. I wiadomo, i oczywiście, szedł do alkoholu. Nic dziwnego. Kobieta jednakowoż zdziwiła się bardzo, kiedy mężczyzna pojawił się w drzwiach. Nie tego oczekiwała po tak spokojnym miejscu i po tak niespokojnym mężczyźnie. Można by rzec, „co za zbieg okoliczności”. Mężczyzna chwilę stał w progu. Potem podszedł do baru. Kupił piwo i wódkę. Potem rozejrzał się po lokalu. Szukał wolnego stolika. Zauważył Kobietę. Poczuł krew uderzającą do mózgu. Krew zmieszaną z gniewem i wypitym alkoholem. Kobieta siedziała. Czekała. Mężczyzna podszedł. Drżały mu ręce, drżały mu usta, drżało serce. Cały drżał. Podszedł do stolika Kobiety i przystanął. I teraz akcja powinna nabrać rumieńców. I teraz powinno się wydarzyć. Kulminacyjny moment być powinien. Kobieta siedziała, Mężczyzna stał. Patrzyli na siebie. Ale też zerkali głęboko w siebie. Trawili tą chwilę chaotycznie przeglądając całą wspólną przeszłość. Miliardy słów przepływało przez ich umysły – miliardy kamieni, których nie można rzucić. Nie można, a trzeba. Bo tak trzeba. - To ja proszę Pani zmieniam lokal. – Mężczyzna przerwał ciszę, która jak zwykle narosła i wyszedł, pozostawiając i piwo, i wódkę, i Kobietę samym sobie. skladnikov
2011-12-31 01:58:14 skomentuj (1)
blog